Prawie robi wielka różnicę jednak o tym później...
Podróż trwała niewspółmiernie długo w stosunku do ilości kilometrów
jakie trzeba było przebyć ale to zasługa "fenomenalnych" dróg na
Filipinach, myślę że na wzór Polskich z lat osiemdziesiątych z domieszką
Ukraińskich i górskim szlakiem na Śnieżkę. Całą drogę przespałem na
niewygodnym siedzeniu przebudzając się na licznych przystankach. Po
jakiś trzech godzinach nareszcie dotarliśmy do celu. Zaraz po dotarciu
na miejsce zostaliśmy obskoczeni przez naganiaczy. Ponieważ nie mieliśmy
żadnej rezerwacji ani koncepcji na nocleg daliśmy się takiemu jednemu
zaciągnąć do ichniego "kurortu" gdyż oferował go w całkiem godziwej
cenie po 500 peso za bambusowa chatkę. By dotrzeć na miejsce musieliśmy
się przejść ponad kilometr po szerokiej plaży w upalnym słońcu grzęznąć w
białym wilgotnym pisku po kostki. NARESZCIE! takie Filipiny jakie sobie
wyobrażaliśmy i o jakich marzyliśmy planując ten wyjazd! Po dwóch
tygodniach szwędania się bez potrzeby po filipińskich wyspach mieliśmy
to czego tak nam brakowało, a wystarczył godzinny lot z Manili i 3
godziny "rollercostera" po filipińskich drogach. Tak powitał nas Sabang -
szumem błękitnych fal, olśniewający Słońcem i białym drobnym gorącym i
wilgotnym piskiem pod stopami.
Zziajani dotarliśmy po 20 min do GH.
zabawa w falach
Oczekując na zakwaterowanie spędziliśmy godzinę czasu na rozmowach z
grupą Polaków, która właśnie zwalniała "nasze" przyszłe bungalowy.
Chatki okazały się bardzo skromnie wyposażone ale za to w świetniej i
urokliwej lokalizacji. Ochoczo jednak zakwaterowaliśmy się i po
prysznicu ruszyliśmy na "miasto". Po wstępnych oględzinach okazało się
że nie jest tak źle jak się wydawało na miejscu gdzie ceny za napoje i
jedzenie były dość niekorzystne na nasza kieszeń. Rozpoznanie terenu i
sklepów oraz jadłodajni zajęło nam dwie godziny choć można to było
zrobić w 20 min. Po posiłku i zakupach wróciliśmy do GH gdzie do późnych
godzin nocnych w towarzystwie międzynarodowym snuliśmy rozmowy o
podróżowaniu i różnicach kulturowych. Nie obyło się również bez nauki
narodowych toastów. Dzięki wrodzonej Polskiej gościnności (Magdy i
Moniki) międzynarodowe towarzystwo przy podarowanej Żubrówce długo
jeszcze się uczyło "na zdrowie".
Kolejne dni upływały nam na słodkim leniuchowaniu i nic nie robieniu.
Opalanie przerywaliśmy na posiłki i spacery do miasteczka po zapas
trunków i owoców a z czasem na posiłek w innej restauracji. W tak zwanym
międzyczasie odbyliśmy obowiązkową wycieczkę do podziemnej rzeki która
okazał się warta swojej "sławy".
Niestety wszystko co dobre szybko się kończy.
tak mieszkaliśmy
Pierwsza skończyła się gotówka a właściwie peso. Kurs dolara na
miejscu jest nieprzyzwoicie złodziejski więc z tego powodu po koniecznej
wymianie 100$ byliśmy w plecy dobrą kolację lub jeden nocleg. Po drugie
po dwóch dniach skończyła się ładna pogoda i zaczęło lać prawie przez
cały dzień a do tego bardzo mocno wiać. Na początku poszliśmy się
wyskakać w dużych morskich falach, ale po kolejnym dniu sztormu mieliśmy
dość ciągłego szumu morza. Na domiar złego obsługa zaczęła nas olewać i
każde nasze zamówienie robiła z taką opieszałością i łachą że
musieliśmy sobie poszukać innej jadłodajni co w ostateczności wyszło na
naszą korzyść. Niezależnie od wszystkiego prąd w Sabang bywa ale głównie
go nie ma więc po 2200 zapadały "egipskie ciemności" i tylko świeczki i
latarki pomagały się nie pozabijać o siebie w małym domku. Jedynie
oglądanie filmów na laptopie na werandzie przypominało nam że jednak
gdzieś musi być cywilizacja. Z drugiej jednak strony miało to swój urok.
Stłumiony szum morza, ciepła wilgotna bryza, nieprzenikniona ciemność,
weranda bambusowej chatki, lokalny baileys z rumu i my blisko siebie na
bosaka oglądający film.... eshh ależ to romantyczne, gdyby tylko nie to
cholerne robactwo co nas niemiłosiernie gryzło. Więc też trzeba było
wydawać pieniądze na repelenty w cenie dalece odbiegającej od normalnej.
Czas mijał szybko a pieniędzy ubywało w kieszeni. Za ostatnią gotówkę co
do jednego peso po 5 nocach musieliśmy wracać. Żal było opuszczać
Sabang bo znów wyszło piękne słońce? a morze tak cudownie szumiało
łagodnymi falami....
Opuściliśmy Sabang w ciasnym jepneju? w samo południe w pięknym słońcu z głębokim przekonaniem że kiedyś jeszcze tu wrócimy!
moje rajskie wspomnienia
a takie wspomnienia są Dasi
Special bonus - "głupie mordy"
poniedziałek, 1 marca 2010
Blisko celu
Po dotarciu na Palawan spędziliśmy cały dzień w Puerto Princessa gdzie
obejrzeliśmy lokalne sklepy z pamiątkami oraz zjedliśmy bardzo dobra
kolację na przeciwko naszego GH. Z oszczędności wybraliśmy coś pomiędzy
koszarami a klasztorem i zamieszkaliśmy 10 min na piechotę od centrum
miasteczka. Po PP wszyscy poruszają się trycyklami więc na każdym rogu
byliśmy namawiani na podwózkę ale jak zwykle poruszaliśmy się na
piechotę ku nie zadowoleniu lokalesów.
Już pierwszej nocy przekonaliśmy się boleśnie że PP to miejsce bardzo turystyczne a za razem zadupiaste jak całe Filipiny, bo po 1900 wszystkie normalne sklepy były na głucho zamknięte a te otwarte oferowały towary tylko dla turystów po okazyjnej cenie 400% większej niż normalna. Żeby kupić browara i Tanduay rum nałaziliśmy się chyba z godzinę nie mówiąc o znalezieniu czegoś na popitkę typu sprite. Oczywiście nie znając topografii miasteczka daliśmy się zrobić w balona lokalesom i poszliśmy w złym kierunku w stronę lotniska gdzie były o tej porze otwarte tylko "takie sklepy". Nie zrażeni niepowodzeniem spędziliśmy resztę wieczora w towarzystwie Magdy i Moniki u nich na werandzie popijając wszystko to co nam się udało wspólnie zakupić - ot Polaków późno nocne rozmowy przy czymś mocniejszym, było o życiu, miłości i związkach, zdradach itp...
Następnego dnia rano ruszyliśmy do Sabang naszego głównego celu pobytu na Palawnie. Najpierw dotarliśmy trycyklem na dworzec autobusowy by załapać się na jeden z dwóch autobusów/jepenejów z PP do tego miasteczka a raczej nadmorskiej wioski/kurortu, które odjeżdżają bardzo rano jeden koło 0600 a drugi koło 0930. Po wrzuceniu bagażu na dach autobusu i solidnym przymocowaniu do bagażnika, mogliśmy poświęcić resztę czasu na zjedzenie śniadania z miejscowymi i zrobienie kilku zdjęć. Po niedługim czasie ruszyliśmy ku naszemu przeznaczeniu...
Już pierwszej nocy przekonaliśmy się boleśnie że PP to miejsce bardzo turystyczne a za razem zadupiaste jak całe Filipiny, bo po 1900 wszystkie normalne sklepy były na głucho zamknięte a te otwarte oferowały towary tylko dla turystów po okazyjnej cenie 400% większej niż normalna. Żeby kupić browara i Tanduay rum nałaziliśmy się chyba z godzinę nie mówiąc o znalezieniu czegoś na popitkę typu sprite. Oczywiście nie znając topografii miasteczka daliśmy się zrobić w balona lokalesom i poszliśmy w złym kierunku w stronę lotniska gdzie były o tej porze otwarte tylko "takie sklepy". Nie zrażeni niepowodzeniem spędziliśmy resztę wieczora w towarzystwie Magdy i Moniki u nich na werandzie popijając wszystko to co nam się udało wspólnie zakupić - ot Polaków późno nocne rozmowy przy czymś mocniejszym, było o życiu, miłości i związkach, zdradach itp...
Następnego dnia rano ruszyliśmy do Sabang naszego głównego celu pobytu na Palawnie. Najpierw dotarliśmy trycyklem na dworzec autobusowy by załapać się na jeden z dwóch autobusów/jepenejów z PP do tego miasteczka a raczej nadmorskiej wioski/kurortu, które odjeżdżają bardzo rano jeden koło 0600 a drugi koło 0930. Po wrzuceniu bagażu na dach autobusu i solidnym przymocowaniu do bagażnika, mogliśmy poświęcić resztę czasu na zjedzenie śniadania z miejscowymi i zrobienie kilku zdjęć. Po niedługim czasie ruszyliśmy ku naszemu przeznaczeniu...
wtorek, 16 lutego 2010
Chocolate Hills i Tarsier Santcuary
Oczekując na autobus powrotny, w lokalnym sklepie dokonaliśmy hurtowego zakupu koszulek na prezenty po bardzo korzystnych cenach, zdecydowanie różnych od tych jakie do tej pory mieliśmy okazje spotkać. Poza tym zostaliśmy nieco "podwędzeni" na przystanku przez miejscowego naganiacza który z nudów palił sobie ognisku choć było ze 30C! Do miasta wróciliśmy jednym z ostatnich autobusów kursujących na tej trasie (ostatni 1730).
Następnego dnia znów zaczęliśmy wycieczkę od pojechania na dworzec autobusowy. Tym razem czekając na odjazd jepneja w stronę Sikatuna dogębniej zapuściliśmy się w lokalny bazar, który w swej głównej części okazał się targiem rybnym o czym wymownie świadczył unoszący się wszędzie charakterystyczny zapach.
Po nacieszeniu zmysłu wzroku sea foodem ruszyliśmy w drogę do celu przeznaczenia. Na miejsce dotarliśmy po 30 minutach. Samo zwiedzanie jest uzależnione od pogody gdyż ta determinuje czy wyraki będą widoczne czy ukryte (bo lubią gdy jest słonecznie chociaż prowadzą nocny tryb życia). Po uiszczeniu niewielkiego datku w wysokości 20 peso przewodnik oprowadza po niezbyt dużym ogrodzonym terenie wyszukując zwierzaczków wśród gęstej roślinności. Wyraki są malutkie jak zaciśnięta pięść więc nie łatwo je dostrzec a już na pewno bardzo trudno je z fotografować bo są dość płochliwe, rzadko siedzą nisko a często też są niedoświetlone lub akurat kadr wychodzi dokładnie pod światło. Niestety na terenie rezerwatu przebywa tylko 10 wyraków więc jeśli się trafi na złą pogodę taką jak my mieliśmy w dniu zwiedzania to raczej ma się nikłą szansę na zobaczenie wszystkich. My widzieliśmy tylko 5 osobników a całe zwiedzanie zajęło nam może 25-30 min.
Słyszeliśmy że na Boholu jest jeszcze wiele innych miejsc gdzie można nawet wziąć wyraka do ręki czy pogłaskać ale są to zazwyczaj już prywatne przydomowe "mini zoo" do których nie dotarliśmy bo i tak byśmy nie wiedzieli gdzie.
Filipińskie "must see" na Boholu jest jak na mój gust nieco przereklamowane choć warto było poświęcić na to czas i zobaczyć coś nowego.
wtorek, 19 stycznia 2010
Czy to już ten raj...?
zimny San Miguel w 30 stopniowym słońcu....ach!
Po tygodniu nużącej i męczącej podróży z Manili na południe Filipin wreszcie dotarliśmy na wyspę Bohol która ma bezpośrednie połączenie mostowe z maleńką wysepką Panglao. To tu mieliśmy nadzieje odzyskać wiarę w rajskie piękno plaż i zakątków Filipińskich oraz odpocząć przez nic nie robienie.
Faktycznie jest tu pięknie! Są piaszczyste plaże i modra woda, palmy delikatnie kołyszą swymi liśćmi pieszczone morską bryzą.... eshhh można by rzec że cudownie! Wzdłuż wybrzeża pełno pocumowanych lokalnych łodzi i motorówek dla nurków, pomniejsze wysepki i rafy...
Czego chcieć więcej? A no właśnie, wszystko co ładne musi też swoje kosztować. Na Panglao koszt pokoju to minimum 800 peso, posiłki w restauracjach na plaży to wydatek minimum 600 peso za dwie osoby a do tego wszystkie są zamykane po 2230. Nieliczne sklepy wzdłuż plaży sprzedają towar po dwu lub trzykrotnie zawyżonej cenie a te dla lokalesów są skutecznie oddalone i zamykane dość wcześnie. Kafejki internetowe sztuk dwa proponują swoje usługi po odstraszających cenach. Poza tym przypływ zabiera prawie w całości 2 metry plaży jaka pozostała po zabetonowaniu całego wybrzeża przez hoteliki i restauracje, a odpływ odkrywa dno porośnięte glonami które też walają się po odsłoniętej plaży cuchnąc nieprzyjemnie smażone w słońcu skutecznie zniechęcając do pływania.
Co dodać jeszcze? Słońce jest i to solidnie palące ale tylko od godzin porannych tj. 0700 do wczesnego południa bo zazwyczaj koło 1300-1330 krawędź wyspy zaczynają pokrywać chmury i choć morze 300 m od plaży nadal rozświetla słońce to plaża zazwyczaj jest już skryta zwałami ciemnych chmur z których później zaczyna padać choć niezbyt długo acz intensywnie.
Nasz pobyt w tym uroczym lecz drogim zakątku trwał tylko trzy dni i dał nam nadzieję że tu na Filipinach jeszcze odnajdziemy to po co naprawdę przebyliśmy te kilkanaście tysięcy kilometrów.
Z Boholu na Panglao można się dostać na wiele sposobów jednak aby dotrzeć na Alona Beach już nie jest tak prosto. Najlepszym sposobem jest wzięcie tricykla. Cena stała to 300 peso ale można się stargować na 250 lub 200. Przede wszystkim należy dostać się z lotniska lub portu do centrum miasta i tu poszukać transportu na Panglao. Gorzej gdy trafi się do Tagbilaranu po zmierzchu wtedy nie ma już autobusów i jeepnejów na Panglao a i cenę jest o wiele trudniej zbić u kierowcy tricykla.
Wybierając się na kolację na plaży najlepiej poszukać knajpki z wystawką towaru na lodzie tuż przed zamknięciem kramu, ceny zazwyczaj spadają o jedną trzecią do nawet połowy za świeże owoce morza i ryby, my tak zrobiliśmy i jedliśmy najpyszniejsze kalmary jakie kiedykolwiek było nam dane próbować!
Zdjęcia z namiastki raju
Tak to uchwyciła Dasia
piątek, 15 stycznia 2010
To nie jest raj
Tu spotkalo nas pierwsze a za razem chyba ostatnie tak mile osobiste spotknie z goscinoscia Filipinczykow. Miejsce noclegowe znalezlismy juz po nocy i po prysznicu postanowilsmy cos zjesc. Niesty w porownaniu do Wietanmu, Chin czy nawet Laosu na Filipinach w malych miejscowosciach graniczy to z cudem. Na szczescie zupelnie przypadkowo trafilismy na prywatna impreze jakiegos bractwa filipinskiego ktore celebrowalo jakas tam swoja rocznice. Zwiedzeni muzyka wkroczylismy z ciemnosci na posesje i juz tak zostalismy przez nastepne 4h jedzac i pijac wszystko co bylo na stolach. Gospodarze okazali sie bardzo przyjazni, goscinni i otwarci co sprawilo ze czulismy sie wysmienicie w towarzystwie tych ludzi i bylo nam bardzo przykro ze musimy ich opuscic kolo 2300 bo juz o 0600 czekala nas pobudka by zdazyc na jedyny prom o 0800 z Gasan na wyspe Mindoro
Jeszcze tego samego dnia dotarlismy po wielu godzinach do portowego miasteczka Roxas na poludniowym koncy wyspy Mindoro.
dobre dla krasnolodkow i Filipinczykow, ale dalismy rade
Niestety biletow na ostatni prom dla nas juz zabraklo wiec bylismy zmuszeni przenocowac w takich to warunkach.
Rano ruszylismy znow w droge z zamiarem dotarcia do filipinskiej mekki turystycznej czyli na wyspe Boracay. Niestety po przyplynieciu na wyspe Panay okazalo sie ze pogoda jest fatalna i ma taka byc przez nastepny tydzien ogolnie w calych poludniowych Filipinach. Po niedlugiej naradzie zlapalismy w biegu ostani tego dnia autobus do IloIlo. Dotarlismy na miejsce juz po nocy i musielismy poszukac noclegu bez szans na grymaszenie. Na szczescie tym razem nawet cos utargowalismy wiec nie bylo zle a nawet zjedlismy na kolacje cakliem niezle kawalki kurczaka smazone na glebokim tluszczu. Z rana zgodnie z planem ruszylismy na wyspe Guimaras z zamiarem spedzenia tam kilku dni starego i nowego roku.(zdjęcia Dasi)
Nocleg wybralismy za porda LP. Pensjonat zwany tu Willa Igang okazal sie calkiem ladnym miejscem ale za to bardzo odludnym i cichym. Ceny okazaly sie stale wiec nie bylo szans na negocjacje i trzeba bylo przystac na 800 peso za noc za calkiem ladny pokoj na pietrze. I to by bylo tyle z pozytywow. Zarcie na miejscu okazalo sie srednio dobre w wyborze zadnym: kurczak albo ryba , lub wieprzowina wszystko mrozone i podawne z ryzem a na sniadanie do wyboru jajka albo jajka....
30 grudnia na miejscu z nami poza obsluga bylo jeszcze szescioro filipinskich turystow ale nastepnego dnia nie bylo juz nawet obslugi.
trzeba sie bylo nie grzebac a tak czy beda miejsca?
Gdy zapadl zmierzch pozostalismy sami oraz ciec ktory zeby nas jeszce bardziej pograzyc wylaczyl swiatla na terenie calego osrodka. Bylo ciemno, ponuro i wszedzie daleko no ale poniwaz od rana bylismy na zakupach w "miescie" wiec zaradni Polacy nakupili sobie wszelakich alkocholi oraz wiktualow do spozycia wiec dzieki temu nie czulismy sie tak samotni i jakos dotrwalismy do nowego roku. Wiekszosc 1.01 2010 spedzilismy nieco sie opalajac i planujac dalsz droge bo chcielismy juz jak najszybciej opuscic ta niegoscinna wyspe co uczynilismy nazajutrz skoro swit wracajac do IloIlo.
Po 2 godzinach od przybycia na miejsce bylismy znow w drodze na wyspe Negros a dokladnie do miejscowosci Bacolod. Tu szybko zlapalismy autobus do Dumaguite czyli miasta znajdujacego sie na poludniu wyspy Negros. Spedzilismy tu tylko jedna noc bo tym razem naszym celem byla upragniona wyspa Bohol ale czemu tak bylo? juz w nastepnym poscie.
Podsumowanie za pierwszy tydzien na Filipinach wypada wiec blado:
1. Zarcie podle i malo mijesc gdzie mozna zjesc za niewielkie pieniadze, tak zle to chyba mialem w Kambodzy.
2. Brak zorganizowanej turystyki lub przynajmniej ruchu turystycznego, jedyne co jest zorganizowane to naciagacze w miejscach potencjalnie turystycznych, a jezeli juz nawet to bardzo drogo.
3. Noclegi podle lub kiepskiej jakosci za dosc wygorowane ceny, najdrozej jak dotychczasz? z moich wszystkich podrozy po Azji, jakosc Laotanska za ceny Tajskie.
4.Pomimo przejechania kilku wysp z polnocy na poludnie trudno bylo sie czyms naprawde zachwycic po drodze.
5. Wszelkie trekingi na wulkany wymagaja duzych nakladow finansowych i organizacyjnych wiec sie odechciewa na wstepie...
6. Jedyny plus to naprawde tani transport, ale juz oplaty portowe czy wylotowe czyste zdzierstwo i granda w bialy dzien!
7. Niestety wiekszosc transportu odbywa sie tylko za dnia a odjazdy autobusow lub odejscia promow z malych miejscowosci tylko skoro swit i zazwyczaj w ilosci sztuk jeden! Nie pozwala to na oszczednosci na noclegach w podrozy i trzeba tracic caly dzien (sloncie itp) na przemieszczanie sie.
Na promie z Panay
Rozklad promów na Ilo Ilo
Ilo Ilo
Z Luzonu na Marinduque
Z Marinduque na Mindoro
Roxas Mindoro
środa, 6 stycznia 2010
Delta Mekongu po raz drugi
Wycieczki opisywac nie bede bo mi sie nie chce, niech zdjecia same opowiedza to czego nie napisze.
Jedyne co chce podkreslic to fakt iz mielismy SWIETNEGO przewodnika! Imie jego Tac (prawie jak Duck), z duzym poczucie humory, ogromnym dystansem, bezpretesjonalnoscia i serdecznoscia w 100% polecam!
Pracuje w biurze TK Brothers Cafe czy jakos tak, latwo znalezc niedaleko Bui Vien w Sajgonie.
Duzo zdjec z Delty Mekongu
Przystanek Nha Trang
Tu wazna uwaga dla wszystkich ktorzy podrozuja lub beda podrozowac za pomoca tzw. open ticket.
Jezeli to tylko mozliwe ZAWSZE domagajcie sie dostarczenia wam biletu z nr SIEDZENIA/LEZANKI a nie jakiegos nic nie wartego swistka wystawianego w hotelu.
Poniewaz swistek jest tylko informacja dla organizatora przewozu o tym ze zapalaciliscie za przejazd i nalezy sie wam miejsce w autobusie NIC POZA TYM! Najgorsze jest to ze gdy sie kupuje bilet na przejazd z siedzeniami to trafia sie do "bydlowozu" ktory zawsze najpierw jest zapelniany lokalesami ktorzy zajmuja wszystkie normalne miejsca i rozkladaja siedzenia ile dala fabryka a turysci trafiaja na koniec autobusu z kolanami pod broda bez szans na jakiekolwiek reklamacje.
Kazdy hotel, GH, czy biuro turystyczne w Wietnamie sprzedaje takie bilety, wiec jak nie w jednym miejscu to trzeba probowac w drugim, byle do skutku i nie dac sie zrobic w balona jak to sie przytrafilo nam w drodze do Hoi an z Hanoi.
Poza tym nie istnieja lub ja nie wiem o istnieniu tzw. "direct" polaczen dalekobieznych jak np Hoi an - Sajgon, zawsze jest jakas przesiadka! wiec nie dajcie sobie wcisnac ciemnoty.
Czas oczekiwania na podstawienie autobusu wykorzystalismy na smaczny posilek i spacer po okolicznej plazy a potem znow w droge...
Kilka ujec z Nha Trang
Subskrybuj:
Posty (Atom)



